| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
1. tak zwane hołmpejdże ;)
2. instrukcje
3. source direct
4. zbloxostan
5. (cyferblat)
6. czytelnicy piszą
Kategorie: Wszystkie | hedlajn njus | na marginesie
RSS
piątek, 26 sierpnia 2005
nauka latania w weekend... 26.08.05

Czy ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda? ;)

Ja sam niezmiernie rzadko, bo jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności nie mam czasu ostatnio. Nieważne zresztą.

Dziś nie mogę się powstrzymać, a to wszystko dlatego, że dane mi było na ostatniej stronie dzisiejszego wydania Faktu przeczytać… instrukcję lądowania Boeingiem :)

Argumentacja jest prosta: być może niedawnej katastrofie pod Atenami udało by się zapobiec, gdyby steward, zasiadając w kabinie pilotów wiedział dokładnie co i jak robić, w szczególności zaś gdyby wzywał pomocy na właściwej częstotliwości.

Dwie refleksje mi się w związku z tym nasuwają. Pierwsza taka, że Fakt perfekcyjnie realizuje strategię utrzymywania wysokiej sprzedaży bez ponoszenia gigantycznych kosztów na gadżety: zamiast dołączać do gazety różnorakie przewodniki, mapy, atlasy, przepisy i kroniki, po prostu zamieszcza je jako zawartość wydania. Banalnie proste, a jakże skuteczne.

Nie zdziwiłbym się więc, gdybym wchodząc na pokład samolotu zobaczył wokół kilku gości z dzisiejszym Faktem wystającym z bagażu podręcznego.

I tu przychodzi druga refleksja, albo raczej wizja, która wywołuje u mnie spazmatyczne ataki śmiechu. Wyobraziłem sobie bowiem sytuację dość dramatyczną, w której stewardesa oznajmia struchlałym pasażerom: „z przykrością informujemy, że piloci ulegli zatruciu, samolot spada a pozostały przy życiu personel nie został przeszkolony z procedury awaryjnego lądowania. Czytelników Faktu z 26 sierpnia prosimy o udanie się do kabiny pilotów”. I tu powstaje z siedzeń kilkanaście osób, które na wyścigi gnają za stery, żeby sprawdzić swój poziom przyswajalności podręcznikowych treści zawartych w Fakcie. Sam nie wiem dlaczego, ale ogromnie mnie ta scena rozwesela.

Może dlatego, że w tym miejscu do akcji powinien wkroczyć Super Express i zastosować w praktyce swój opublikowany dziś żart rysunkowy (swoją drogą: umówili się z tym lotnictwem dziś?), w którym linie lotnicze na pokładzie każdego samolotu instalują księdza. Tak na wszelki wypadek. W tym szczególnie na wypadek, gdy za sterami siadają czytelnicy Faktu ;)

niedziela, 22 maja 2005
notka zaczepna (nie, żebym się nudził... ;)

No dobrze. Rzecz co prawda nowa nie jest, ale ponieważ ma charakter rozwojowy, postanowiłem jeśli nawet nie zainterweniować, to przynajmniej podzielić się tutaj pewnym spostrzeżeniem.

 

Pisać ja bowiem ostatnio nie mam specjalnie czasu, ponieważ pochłaniają mnie bez reszty robota bieżąca i szukanie nowej. I tak na zmianę. Tak po prawdzie to nie mam ostatnio nawet możliwości (ani specjalnej ochoty) na przeglądanie obrazkowców. Ale bywa, że w weekendy siadam sobie i odrabiam zaległości czytelnicze z różnych źródeł, więc czasami wpadnie mi w łapy także sobotnie wydanie „Wyborczej”. A tam panowie Bereś ze Skoczylasem (których nawiasem mówiąc darzę przeogromną sympatią jeszcze z czasów cyklu „wiódł ślepy kulawego” w starym, jeszcze wówczas dobrym RMF FM) urządzają sobie poligon komentatorski, zatytułowany „Tabloid Cię oświeci”.

 

No i teraz nie wiem: olać sprawę zupełnie (wyjście najprostsze), czy pociągnąć chłopaków za odpowiedzialność, wszak było – nie było czuję się w jakiś sposób protoplastą działalności polegającej na wyszydzaniu arcydzieł polskiej prasy bulwarowej? A gdyby nawet wybrać drugą ewentualność, to jak tego dokonać? A może po prostu wysłać te moje wypociny do konkurencji? ;)

 

No nieważne, tak się po prostu zupełnie jałowo zastanawiam, skrycie pękając z dumy, że jednak byłem pierwszy ;)

O, już wiem Panowie! Po prostu ogłoście, że  byłem pierwszy ;)

poniedziałek, 04 kwietnia 2005
pamięć...

Ja wiem, czeka mnie pewnie lincz za to, że się czepiam w takiej chwili. I że niby mogłem sobie darować poniższą złośliwość.

Nie mogłem. Nie pozwala mi na to szacunek dla Człowieka.

Dla Człowieka, który swoim życiem dawał przykład milionom innych ludzi. Który swoim życiem dawał świadectwo wiary, które zginało kolana nawet niewierzącym. Który swoim życiem pokazywał jak kochać ludzi bez względu na wyznanie, status społeczny, kolor skóry itp.

Czy ktoś chciałby Go zapamiętać inaczej, niż uśmiechniętego, pełnego miłości, życzliwości i humoru?

Według Faktu zapewne tak. Pewnie dlatego spośród tysięcy fotografii Jana Pawła II na dzisiejszą jedynkę wybrano zdjęcie Jego... zwłok.

piątek, 04 marca 2005
Superek rzuca rękawicę... (4.03.2005)

Wreszcie zaczęło się robić ciekawie. Dzisiejszy Superek przedstawia wyniki śledztwa na temat “skąd Fakt bierze swoje tematy” i wysnuwa wniosek, że z... centrali w Niemczech. Co niemiecki Bild napisze, to najdalej za dwa dni przeczytamy w Fakcie. Na dowód prezentuje okładkę Bilda z tytułem: “5,2 mln kobiet i mężczyzn bez pracy. Zróbcie coś z tym wreszcie!” oraz wczorajszego Faktu, który krzyczy z pierwszej strony: “3,1 miliona Polek i Polaków bez pracy! Zróbcie coś z tym wreszcie!”. No, no... dociekliwość godna podziwu. Skoro informacja taka pojawia się w Super Expressie, to wnioskuję, że chodziło o pokazanie różnicy między konkurencją, za którą decyzje podejmuje ktoś gdzieś daleko, a samym Superkiem, który radzi sobie bez takiego wspomagania. Nie wiem tylko czy pismaki z SE wzięli pod uwagę, że oto dali swoim konkurentom bardzo poważny argument: oni tych głupot, które wypisują sami nie wymyślają. A Superek? ... ;)

Jeśli jednak prawdą jest to, co SE sugeruje, to znaczy, że wczoraj lub przedwczoraj u naszych zachodnich sąsiadów wiało nudą. Wnioskuję po zawartości dzisiejszego Faktu. Owszem, jest studium mimiki twarzy Marka Belki, jest szokujące wyznanie prof. Religi, że swego czasu popijał nieco za dużo, jest dramatyczna historia Manueli z Big Brothera, że nie może zajść w ciążę, ale poza tym niewiele ciekawego. O, przepraszam. Zapomniałbym, że jest oczywiście Doda, która mimo, że chwali się tym na prawo i lewo, do Mensy jednak nie należy, bo... nie wpłaciła wpisowego. Nie żebym się jakoś specjalnie czepiał, ale gdzieś czytałem, że to jej całe nieprzeciętne IQ to wynik jakiejś kombinacji ze stymulowaniem mózgu. Nie było to przypadkiem również w Fakcie? No, nie wiem, nie chce mi się grzebać w archiwum.

Słowem: Niemcy się przedwczoraj opieprzali, więc czytelnicy Faktu muszą się dziś zadowolić tym co mają.

No to pora zerknąć do Superka, który własnymi siłami walczy z oporną materią rzeczywistości. Oporną jak Pan Prezydent, który przedstawicieli Super Expressu nie zaprosił na inaugurację swojej rezydencji w Wiśle. Superek ma jednak przyjaciół, którzy pomogą. I tak na przykład reporterzy RMF pstryknęli parę fotek, którymi się podzielili z dyskryminowanymi przez Kancelarię Prezydenta RP kolegami. Mam nadzieję, że goście z RMF-u nie są autorami podpisów pod tymi fotkami, bo wówczas straciłbym o nich resztki dobrego zdania. Możemy bowiem oglądając te zdjęcia poczytać sobie takie kwiatki: “Kaplica. W naszych domach nie występuje, chodzimy do kościoła parafialnego”. Albo: “Pokój kąpielowy, po naszemu łazienka” (jak rozumiem większość czytelników SE nie rozumie słowa “kąpielowy”, pewnie stąd to tłumaczenie dla opornych). Ostatecznie jednak urzekł mnie podpis pod fotografią jadalni: “Jadalnia. Jeśli mamy co jeść, zwykle jadamy w kuchni”.

Tu mam apel do kierownictwa Superka. Jeśli to powyższe powstało w oparciu o doświadczenia własne dziennikarzy tej gazety, to ani chybi nie obejdzie się bez podwyżki. No jak tak można? Pomijam już fakt, że jedzą w kuchni (może jeszcze na stojąco, tak? To dość niezdrowe.), ale na publiczną demonstrację tego, że przymierają z głodu, to już kierownictwo SE nie może być ślepe ;)

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że na niektórych głód działa mobilizująco i bredząc niczym w malignie udaje im się czasem walnąć piękny, soczysty tekścik. Ot taki na przykład, jak w recenzji nowego “Egzorcysty”, w której czytamy, że aby przebić oryginał z 73 roku “trzeba było mocno nacisnąć pedał grozy”. Chylę czoła. Niektórzy copyrajterzy jarają niezły stuff, żeby osiągnąć takie efekty a tu proszę, wystarczy niedojadać ;)

Co poza tym? W sumie nic specjalnego. No, pogodna dziewczyna dzisiaj niczego sobie... ;)

poniedziałek, 28 lutego 2005
objawienie filozoficzne ;)

No dobra, muszę się przyznać. Chętnie napisałbym co tam ciekawego w moich ulubionych bruko-komiksach, ale... nie wiem. A nie wiem, ponieważ chwilowo mój byt określa sześć kartonów z podręcznymi, niezbędnymi do pracy rzeczami, stos zakurzonych segregatorów, do których nikt nie zaglądał od co najmniej kilku lat, nowe miejsce, nowe biurko, ta sama robota i perspektywa opanowania tego bajzlu. Chwilowo więc w mojej czasoprzestrzeni nie ma miejsca na gazety.

Wypełniam więc w miarę możliwości tę lukę czytając newsy w sieci i słuchając radia. I muszę przyznać, że to też jest niezła jazda, zwłaszcza gdy się zaczyna metaradiowa dyskusja, czyli w Polskim Radio (konkretnie w Trójce) o Radiu Maryja.

Wszystko zaczęło się jednak nieco wcześniej, gdy internauta o pseudonimie lwprezydent opublikował na forum dyskusyjnym list otwarty w sprawie rzeczonej rozgłośni. Tu maleńka dygresja na temat dlaczego właśnie Wałęsa mógł rozpętać teraz całą tę awanturę. Otóż każdy inny aktywny polityk, który zechciałby zamknąć gębę Ojcu Dyrektorowi naraziłby się z miejsca na zarzut zbijania kapitału politycznego na krzywdzie Radia Maryja. Ale w przypadku Lecha nikt tego głośno nie powie, bo mógłby w ten sposób – choćby mimowolnie – zasugerować, że tenże pragnie zbić polityczny kapitał, by do polityki wrócić. Tego głośno nikt nie powie, więc lwprezydent może sobie z nudów zupełnie bezkarnie wywoływać różne dyskusje. Jeszcze chwila i okaże się, że rozwiąże również problem aborcji, eutanazji, bezrobocia oraz ceny interwencyjnego skupu żywca ;)

Dyskusja o Radiu Maryja jednak trwa, a jedna z jej odsłon miała również miejsce w radiowej Trójce, gdzie Kamil Durczok podejmował w roli eksperta Jana Łopuszańskiego. I tu pełne zaskoczenie, bowiem Łopuszański w pierwszej kolejności objawił się jako filozof, przy czym z miejsca zrewolucjonizował powszechnie znane teorie dotyczące prawdy. Otóż relatywizm poznawczy według Łopuszańskiego polega z grubsza na tym, że prawda jest zależna od... miejsca, z którego jest głoszona.

“Prosze pana, prawdą jest , że w Radiu Maryja można przyjść i przekazać cały szereg tez i to w bardzo spokojnych warunkach , które gdzie indziej nie są przyjmowane i w tym sensie w Radiu Maryja mówi sie prawdę” – rzecze Filozof.

Tu zatrząść się ze strachu powinien przede wszystkim wymiar sprawiedliwości, któremu rozstrzygać przyjdzie na przykład spory o zniesławienie. Gdy bowiem obywatel Iksiński zakrzyknie na ulicy lub napisze w pierwszej lepszej gazecie, że Kowalski jest złodziejem, tenże będzie go mógł pociągnąć za odpowiedzialność, gdyby te słowa okazały się niezgodne ze stanem faktycznym. Gdy jednak Iksiński wypowie te słowa na antenie Radia Maryja, to Kowalski będzie mógł mu nadmuchać, albowiem zgodnie z relatywistyczną teorią prawdy Łopuszańskiego, słowa Iksińskiego będą prawdziwe bez względu na obiektywne okoliczności. W końcu przecież wypowie je w Radiu Maryja, gdzie można “przyjść i wygłosić cały szereg tez (...), które gdzie indziej nie są przyjmowane”.

Ksiądz Tishner powiadał, że są trzy rodzaje prawdy: “prowda, tyz prowda, i gówno prowda”. Gdyby dożył naszych zabawnych czasów musiałby uzupełnić swoją klasyfikację o “prowda Ojca Dyrektora”. Mnie najbardziej w tym wszystkim interesuje czy umieściłby ją na początku, czy może raczej na końcu swojej listy? ;)

środa, 16 lutego 2005
z innej beczki (i innego "brukowca" ;)

Jedną miłość mogę wyznawać o każdej porze dnia i nocy, bez względu na okoliczności: kocham ten kraj. Nieustannie mnie zadziwia, ciągle zniewala, bez przerwy się spodziewam, że mnie wydyma w najmniej spodziewanym momencie za pomocą jednej ze swych niezliczonych macek biurokracji, po czym urządzi mi seans sado-maso, krępując mi ręce procedurami, a rozum głupotą. I jak go tu nie kochać?

Dziś na przykład przeczytałem w Gazecie WYborczej, że policja znalazła sposób na zmniejszenie przestępczości: po prostu zakłada, że będzie mniejsza. Cudo! Komendanci w całym kraju deklarują przewidywalną liczbę rozbojów, kradzieży, gwałtów, porwań i śmiertelnych ofiar wypadków samochodowych. Jak się nie zmieszczą w “budżecie” to Komenda Główna poleci im po premii.

Teraz zamykam oczy i próbuję sobie to wyobrazić.

I widzę przydrożne billboardy z informacją: “Kierowco, jedź ostrożnie! Limit ofiar się wyczerpał, a komendant nie ma na ratę za rower!”. Albo informacje w komunikacji miejskiej: “Uprzejmie informujemy Szanownych Kieszonkowców, że w miesiącu sierpniu wygasł limit drobnych kradzieży na terenie dzielnicy Śródmieście. Do końca miesiąca prosimy udać się na zasłużony urlop lub tymczasowo przenieść działalność na Bemowo, gdzie są jeszcze wolne kradzieże do wykorzystania”.

Jeśli potencjalny przestępca planuje napad na bank i chce sobie zapewnić spokój, żeby go policjanci nie nękali, że się przyczynił do obcięcia im uposażenia, to powinien się zgłosić do najbliższej jednostki i zarezerwować sobie termin, określić z grubsza wielkość łupu, ilość ofiar śmiertelnych, lekko i ciężko rannych, sumę wartości skasowanych podczas ucieczki samochodów itp. To rozwiązanie ma dodatkowo tę zaletę, że gdy policja będzie miała takie informacje, to powinny mieć one korzystny wpływ na statystyki wykrywalności przestępstw.

A co jeśli przewidywalnego budżetu czynów zabronionych złoczyńcy nie wykorzystają? No od czego są promocje? Na przykład “do końca grudnia przy napadzie na jubilera 10 minut na ucieczkę gratis!”. Lub “zamień niewykorzystane gwałty na wczasy na Mauritiusie!”, “wyprzedaż podpaleń z zeszłego rocznika” i tak dalej.

Jak tu nie kochać takiego kraju?

I zupełnie nie rozumiem dlaczego Policja jest w tych staraniach tak osamotniona. Przecież PKB też można by zaplanować w ten sposób: zakładamy, że będzie 15%, a jak nie da rady, to wychłostamy Ministra Finansów.

O nie, przepraszam. Policję dzielnie przecież w tym wspiera służba zdrowia. Od paru lat planuje się przecież dopuszczalną liczbę zawałów. Zaczynamy planować wszystko.

I tylko nie rozumiem dlaczego przez ostatnie 15 lat powtarza się wszędzie jak mantrę słowa: “odeszliśmy od gospodarki planowej”.

Halo? A do jakiej? ;)

piątek, 11 lutego 2005
post scriptum do poprzednich dywagacji...

No i proszę. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Dziś czytamy: “Wójt Człuchowa Adam Marciniak stał się ofiarą tzw. listy Wildsteina. Przeciwnicy wójta okrzyknęli go agentem SB i rozwiesili w gminie stosowne ulotki.” (szczegóły:  http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2546242.html)

Napisałem poniżej: “Już widzę ten ciąg bezpodstawnych oskarżeń. Nie będzie miał końca.”

Podtrzymuję to zdanie.

Wildstein zza bezpiecznej szyby telewizyjnego ekranu tłumaczy, że muszą być ofiary, żeby się naród mógł wreszcie oczyścić. Wójt Człuchowa ma siłę się bronić i to robi. Ale pewnie będą też tacy, którzy zaiste nie byli “winni”, a którym tych sił zabraknie, którzy się poddadzą. Ciekawe czy im Wildstein spojrzy w oczy i prosto w twarz powie, że ich krzywda jest konieczna, żeby raz na zawsze rozwiązać sprawę teczek?

Wątpię. Zapewne pozostaną z tym zupełnie sami.

wtorek, 08 lutego 2005
zbiorowa histeria... (zostawiając na chwilę brukowce)

Naród zwariował. Nie po raz pierwszy i nie ostatni, ale tym razem zwariował doszczętnie i w dodatku na punkcie czegoś zupełnie abstrakcyjnego. W autobusie, metrze, na stacji benzynowej, w kolejce po świeże bułki i w sąsiadujących z sobą kabinach w toalecie toczy się zażarta dyskusja o nic. “Nic” przebrało się tym razem w magiczne słowa “lista Wildsteina” i sieje spustoszenie niczym czarna ospa, hiszpańska grypa i kiła samosiejka w jednym.

Pamiętam jak na studiach bawiliśmy się w para-metafizyczne określenie dziury. Wyszło nam “nic otoczone czymś”. Z rzeczoną listą jest zupełnie podobnie: prawie nic, zwykły katalog, mający tak naprawdę tylko techniczne znaczenie dla garstki historyków w IPN, otoczony gigantycznym wianuszkiem nadinterpretacji, niedomówień i nieporozumień. I gigantyczną ogólnonarodową histerią.

“Lista Wildsteina” świetnie oddaje sens powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Bo i Wildstein pewnie chciał dobrze, tylko mu nie wyszło. Bo zapomniał nieborak, że niestety przytłaczająca większość tego społeczeństwa cierpi na wtórny analfabetyzm i jeśli już coś czyta, to najczęściej bez zrozumienia. Głupota Wildsteina polega według mnie przede wszystkim na tym, że – chcąc oczywiście dobrze – dał w ręce populistycznych demagogów potężny oręż. I to obosieczny, bo ci sami obrońcy niewinnych, których nazwiska znalazły się na liście zupełnie przypadkiem, będą lada moment tę samą listę wykorzystywać do tego, aby zaufanie do tych niewinnych przy najbliższej nadarzającej się okazji podważyć. Wystarczy, bo któryś z “niewinnych” zapragnął nagle stanąć na drodze swemu “obrońcy”. A może jednak trzeba go sprawdzić? W końcu był na liście. Może taki do końca “niewinny” to on nie był?

Już widzę ten ciąg bezpodstawnych oskarżeń. Nie będzie miał końca.

Najlepszym dowodem na to, jak bezrozumne mogą być interpretacje części tego ogłupiałego narodu jest śmieszny w swej istocie atak na “Gazetę”. Nie przestanie mnie zadziwiać, jak wielu z tych, którzy widzą różnicę między “obozami koncentracyjnymi w Polsce” a “polskimi obozami”, nie dostrzega jej już między “ubecką listą” a “listą ubeków”. Ciekawi mnie od czego zależy ta różnica w interpretacji?

Jeden z moich znajomych rzucił ostatnio przed siebie pytaniem jakim prawem redaktor Michnik zwalnia z pracy niewinnych dziennikarzy? Najpierw mnie to ubawiło. A potem zamarłem z przerażenia, gdy wyobraziłem sobie, że większość tego narodu może rozumować podobnymi schematami.

Bo może się mylę, ale według mojej wiedzy “Gazeta” napisała o fakcie, że krąży po mieście taka lista, a to Wildstein dumny i blady pochwalił się w telewizji, że to jego “dzieło”. Może się też mylę w kwestii tego, że to nie z Michnikiem łączył Wildsteina stosunek pracy i to nie Michnik z nim ową umowę o pracę rozwiązał. I być może nie ma też najmniejszego znaczenia fakt, że od paru miesięcy nie widziałem w “Gazecie” tekstu autorstwa Michnika. Nie ma to wszystko jakby większego znaczenia. Grunt, że nadarza się właśnie okazja, aby mu przywalić. Ciekawe ilu myśli podobnie jak ów znajomy?

“Lista Wildsteina” to 240 tysięcy okazji, aby przywalić komukolwiek. Upublicznijmy też wszystkie listy, niech się wydłuży nam lista “okazji”. Półtora miliona wystarczy, by zająć sobie czas na ładnych parę lat.

Przecież świat na nas zaczeka, aż sobie damy radę z lustracją. Przecież cały świat wie, że bez tego nie zrobi kroku naprzód. Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia czy będziemy mieli milion, dwa, czy piętnaście milionów bezrobotnych. Grunt, że będą “oczyszczeni”. Zapewne za to właśnie będą dziękować Wildsteinowi. I za szacunek swych dzieci, które buszują dziś po Internecie i z pasją szukają nazwisk swoich rodziców na listach.

Wildstein chciał ludziom dać prawdę, która podobno wyzwala. Cóż, w końcu miał dobre intencje. Dał prawdę, która zaiste wyzwoli. Z godności. Tak naprawdę jednak nie dał nic. Nic otoczone wielkim halo.

Najlepszą pointą całej tej awantury są chyba słowa mojego czteroletniego dziecka. Przysłuchując się jakiejś niedzielnej dyskusji o liście i teczkach moja córka oznajmiła: “A o co ta cała awantura? Ja też mam swoją teczkę. Żółtą. Z naklejką z kaczuszką”.

 

PS. Nie wiem czy to konieczne, ale na wszelki wypadek powinienem chyba wspomnieć, że powyższe słowa są przejawem tylko i wyłącznie poglądów ich autora. Niczym więcej.

środa, 02 lutego 2005
zaleglak z 28.01

Chodzi za mną ta notka już od piątku, ale jakoś nie mogłem się zebrać, bo byłem pochłonięty nadmiarem najpierw pracy, a potem intensywnego odpoczynku ;) Tak czy owak jestem i piszę, zanim mi temat zwietrzeje.

Czy można u nas za zupełną darmochę wypromować coś, co zasadniczo jest półlegalne? A w “Życiu Warszawy”! A ściślej mówiąc to w “Kulisach”, piątkowym dodatku do gazety. Metoda też jest prosta: wystarczy znaleźć jednego jełopa, który ma nieprzeciętny talent do komplikowania sobie życia i który potrafi zrobić z igły widły, a potem zainteresować tematem prasę.

Jeśli koleś jest zdolny a dziennikarz leniwy i leci na łatwe tematy, to można nawet wypromować regularne porno, przykryte płaszczykiem rzekomej ludzkiej krzywdy. Modelowy przykład takiego działania można przeczytać właśnie w ostatnich “Kulisach”.

Bohaterem jest tutaj pan Kazimierz, chuderlawy sześćdziesięciolatek, ale obdarzony ponadprzeciętnym temperamentem seksualnym. Pan Kazio ma też pewien problem z ową aktywnością, ponieważ realizuje się głównie podczas imprez typu “seksualny rekord świata” czy w plebiscycie na “Ogiera Roku”. Zresztą sam zainteresowany nie ukrywa, że głównym motorem jego poczynań jest chęć pociurlania sobie za friko i to z kilkoma atrakcyjnymi dziewczynami równocześnie.

W czym więc tkwi źródło nieszczęścia pana Kazia? Ano w tym, że jurny kandydat na ”Ogiera roku” jest równocześnie praktykującym katolikiem i to dość aktywnym, sądząc po znajomościach z wieloma biskupami, czym się chwali niemal tak mocno, jak swą nieposkromioną chucią. Oczywiście z bycia praktykującym katolikiem nie wynika bezpośrednio jakaś lawina nieszczęść, chyba, że...

No właśnie. Tu zaczynają się schody, bo podczas jednej z tych ero imprez był kręcony film, który obecnie cieszy się dość dużym wzięciem wśród amatorów tego typu rozrywek. A pan Kazio w owym filmie nie zasłonił był sobie facjaty, podpisując uprzednio glejt, że jeśli chce, to może to uczynić, ale we własnym zakresie. Pan Kazimierz torebki sobie na łeb nie ubrał, poruchał ile się dało i po jakimś czasie świat mu się zawalił, bo się okazało, że na tym filmie dokumentalnym z życia ogierów i rekordzistek to go można bez najmniejszego problemu poznać. Jego!? Praktykującego katolika!? Ziomala paru biskupów!?

I tu zaczyna się akcja promocyjna. Nazwa organizatora imprezy i wydawcy filmu pada kilkakrotnie, przy czym w zestawieniu z płaczliwym bełkotem pana Kazia i brakiem rozsądnych argumentów za występowaniem bez zakrycia twarzy, to wypowiedzi człowieka z wydawnictwa brzmią jasno i wiarygodnie. W dodatku to pan Kazio atakuje organizatora i pozywa go do sądu za rzekome pogwałcenie prawa do ochrony wizerunku, więc wydawca się broni. Pan Kazio jest biedny, w wyjazd na Eroticon zainwestował oszczędności, teraz jego życie zamienia się w ruinę, ale to i tak na nic, gdyż prawdziwym pokrzywdzonym jest tu organizator imprezy.

Ale najzabawniejsze są wnioski, jakie można z całej tej hecy wysnuć. Otóż z wypowiedzi pana Kazimierza wynika, iż jego obawy związane są z tym, że teraz wszyscy zaprzyjaźnieni księża i biskupi rzucą się do sex-shop’ów i wykupią cały nakład tej dokumentalnej produkcji tylko po to, aby sprawdzić który z ich wiernych osłabia ich i Kościoła autorytet biorąc udział w tych seksualnych eskapadach. Ciekawi mnie czy wydawca robi takie statystyki jak jego produkcje się rozchodzą w grupie zawodowej duchownych? ;)

No i co? Nie można u nas wypromować produktu, który ma legalne tylko okładki? Można. W dodatku zapewne za kompletną darmochę, bo założę się, że wydawca tych pornosów nie zapłacił ani grosza za wystąpienie w roli ofiary zawistnych ataków Kazia Rozpustnika ;)

 

poniedziałek, 24 stycznia 2005
ksiądz proboszcz już się zbliża... (na wiadomą melodię ;) - 24.01.2005 (już?!)

No dobra. Dawno mnie tu nie było, co oczywiście nie oznacza, że nie zaglądałem do naszych ulubionych brukowców. Prawdę mówiąc nie było po co, bo nudą wieje od jakiegoś czasu prawie tak jak w wakacje. I przyznaję, pewne zaległości mam (na przykład jakoś wypadłem z obiegu jeżeli chodzi o informacje z frontu rynsztokowce kontra Edyta G.), ale takiego newsa, jakim poczęstował nas dzisiaj szacowny Super Express odpuścić sobie nie mogę.

No bo czy ktoś wie co tak naprawdę oznacza napis “K+M+B”, malowany kredą na drzwiach mieszkań i domów podczas zwyczajowej kolędy? Kacper, Melchior i Baltazar? Bzdura. A może “Christus mansionem benedicat”? Phi! Nic z tego, czas zerwać z tradycją.

Superek niesie dziś w naród kaganek oświaty (muszę się pilnować, bo w kontekście brukowców kaganek zawsze mi się niebezpiecznie myli z kagańcem ;) i przedstawia ludzkości nową interpretację tego skrótu, który od dziś rozwija się do: “Ksiądz Millera błogosławi”.

Ano tak. Miller przyjął w swoim domu księdza, który przyszedł po kolędzie, co okazało się być tak epokowym wydarzeniem, że trzeba mu było poświęcić większość pierwszej strony oraz jeszcze jedną całą wewnątrz numeru. Mamy tu prawdziwą foto-story z teatrem cieni, z czego wprawny w brukowych bojach czytelnik powinien się dowiedzieć, że oto były premier tak się przejął rozmiarami swych rozlicznych porażek, że postanowił znaleźć wreszcie ukojenie w Bogu. Na tę okoliczność Superek serwuje nam także odpowiedni cytat z Ewangelii wg św. Łukasza: “(...) większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawrócił, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych”.

Gdyby dla kogoś rozmazana fotostory okazała się niewystarczająca, może przeczytać tekst, ale wyłącznie pod warunkiem, że osoba czytająca nie posiadła umiejętności czytania ze zrozumieniem. W przeciwnym wypadku może się komuś zawiesić matrix podczas czytania następujących po sobie zdań: “W wielkim salonie na parterze świeciły się wszystkie światła, a państwo Millerowie nie mogli usiedzieć spokojnie” oraz: “Oczekiwanie na księdza wydawało się nawet nieco nerwowe”.

A gdyby to jeszcze okazało się za mało, to można się również zastanowić nad głębokim sensem zdania “Sam były premier sięgnął po butelkę, pokazał ją gościom i poczęstował winem”.

No, w takim kontekście to przytoczony wcześniej ewangeliczny cytat nabiera dodatkowego znaczenia, albowiem zaiste wielka musiała być radość z tego grzesznika. Przynajmniej dla księdza, który na koniec wędrówki został uraczony winem (tu zakładam, że wcześniej odwiedzeni sprawiedliwi go nie częstowali, a wnioskuję z tego, że – jak napisano pod jednym ze zdjęć – ksiądz “przekroczył próg domu państwa Millerów”, do czego przecież nie byłby zdolny, gdyby się napił u każdego).

Żeby nie było, że się czepiam, to uprzedzę od razu: czepiam się. Tym razem również technicznej strony produkcji naszych bulwarówek. Nic mnie tak bowiem nie rozśmieszyło jak dzisiejszy superkowy finał plebiscytu na “Syrenkę Roku 2004”. Zasady są proste: trzeba głosować na kandydatki, których zdjęcia prezentowane są na stronie. No i tu pojawiają się schody, gdyż jakość druku jest tak powalająca, że zasadniczo jest to głosowanie na chybił-trafił, ponieważ ze zdjęć można wywnioskować jedynie to, że każda z kandydatek jest kobietą. Nie wiem, może pod spodem powinna się znaleźć informacja, iż “bliższe szczegóły urody kandydatek do wiadomości redakcji”? :)

A może po prostu kolportaż Superka docenił wreszcie moje wielomiesięczne starania i zważywszy na głębokie uczucie, jakim darzę ich gazetę, uczucie to odwzajemnia i podsyła mi egzemplarz makulaturowy? ;)

Nie ukrywam, że jak dla mnie byłoby to logiczne wyjaśnienie, bo jakoś nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że produkt o takiej “jakości” trafia do kiosków, a ludzkość tę “jakość” kupuje za 1,20 z VAT ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8